piątek, 8 stycznia 2016

Trująca czekolada #1

Popijając gorącą czekoladę, detektyw Amet Smith spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.
- I mówi pan, że gdy podszedł pan ponownie do stolika pana Teodora, on był już martwy? - upewniła się pani detektyw. Skinąłem głową i zapatrzyłem się w płatki śniegu za oknem.
- Pan Teodor był naszym stałym klientem. Zawsze zamawiał gorzką czekoladę do picia i kawałek piernika z marmoladą. to był dla nas olbrzymi wstrząs - wyznałem, opanowując drżenie głosu. Pani Smith pokiwała głową, nieustannie rejestrując każdy mój ruch.
- A śledztwo policyjne?
- Nadal trwa, ale nie wiedzą od czego zacząć.
- Rozumiem... Czy pan Teodor, miał wrogów? - spytała detektyw poważnym głosem. Zaprzeczyłem. W tym czasie do kawiarenki "Czekoladowy relaks" wszedł komisarz Bob Johnson - człowiek o wielkiej masie i jeszcze większym ego. Spostrzegłem minimalny uśmiech pogardy na ustach Amet, gdy komisarz ruszył niezgrabnie w naszym kierunku. Miał posępny wyraz twarzy, co mnie zaniepokoiło.
- Komisarzu, czy coś się stało? - zapytałem, dosuwając krzesło, do naszego stolika. Pan Johnson usiadł na nim z głośnym klapnięciem.
- Coś faktycznie się stało… Ale nikt nie może tego usłyszeć - wyszeptał, zza swoich olbrzymich wąsów. Uśmiechnąłem się blado.
- U nas jest zawsze mało klientów - zauważyłem, omiatając wzrokiem całą kawiarnie, która jak zawsze świeciła pustkami. Choć w naszym miasteczku wszyscy znali moją kawiarnię, to przyjeżdżający turyści nie mieli zielonego pojęcia o naszym istnieniu. A mój portfel jest zdecydowanie za płytki na migające lampy, neony i bijące po oczach bilbordy. Poczułem na sobie spojrzenie błękitnych oczu pani Smith, ale zaraz do głosu doszedł policjant.
- Jest tak... - zaczął komisarz - moi chłopcy z laboratorium sprawdzili zwłoki pana Teodora i okazało się... - komisarz zniżył głos - że pan Teodor został otruty - powiedział. Na mojej twarzy musiało odmalować się przerażenie, bo Bob poklepał mnie po ramieniu.
- Komisarzu, a może pana chłopcy odkryli, co to za trucizna? - zapytała niewzruszona Amet. Bob spojrzał na panią Smith z niepokojem.
- Wiesz... Nie mogli jej zidentyfikować. Żadna z ze znanych trucizn nie pasowała do tej znalezionej w żyłach Teodora - wyjaśnił komisarz, niepewnym tonem. 
 Słyszałem opinie wielu ludzi i choć legendy o zdolnościach i wadach pani detektyw były nadzwyczaj różne, jednak kilka faktów było ze sobą tak ciasno powiązanych, że trudno było ich nie dostrzec. kilkakrotnie już słyszałem o niezwykłych umiejętnościach obserwacji i logicznego myślenia Amet Smith.  Oprócz tego nie umknęło mojej uwadze kilka głośnych i niewdzięcznych oszczerstw mówiących, iż  Amet to tak naprawdę uciekinierka z pobliskiego psychiatryka. Jednak najbardziej obciążający był fakt, że rzadko pokazywała się na ulicy. Nikt tak naprawdę jej nie znał, a małe dzieci robiły zakłady, kto odważy się zapukać do jej drzwi z ciemnego drewna i uciec nim ta przerażająca istota wystawi nosa ze swojej nory. Ludzie którzy ją widzieli to tylko klienci, albo kryminaliści - i komisarz Bob, ale nawet on wolał unikać tą kobietę szerokim łukiem.
Nagle, pani Smith wstała ze swojego miejsca.
- Już wiem, co się wydarzyło - powiedziała. Spojrzeliśmy na nią oszołomieni.
- Jak?
- To proste - zapewniła. - Ktoś musiał dodać truciznę do czekolady, dlatego nie można było zidentyfikować, czego użyto. Natomiast co do sprawcy...
- No dalej Amet! Nie trzymaj nas w niepewności! - ponaglił ją komisarz, a ja wstrzymałem oddech.
- Sprawca wiedział, że Teodor na pewno będzie w kawiarni. Co więcej, chciał zwrócić uwagę na kawiarnię. Morderstwo to wielka. Jednak zapomniał o jednym... - tu Amet Smith posłała mi lodowate spojrzenie. - Każdy wie o tej kawiarni wszystko, jednakże nic nie wiadomo o jej właścicielu. Przy odrobinie wysiłku można odszukać stare akta i karty policyjne. Miał pan bujaną przeszłość, ale aby zabić dla rozgłosu? Zawiodłam się na panu...
Miała rację... To ja jestem mordercą…
Mimo woli zachichotałem, jak z kiepskiego żartu. 
- Nie sprawiłem dla pani większego problemu? - zapytałem. Nie mogłem dłużej wytrzymać i zaśmiałem się szczerze z ogłupiałej miny komisarz, który chyba nie nadążał za słowami i nie potrafił połączyć prostych faktów. Amet chyba nie chciała ułatwiać komisarzowi zadania i nadal sączyła swoją czekoladę.
- Nie. Na początku, kiedy przyszedł pan do mojejgo mieszkania, czułam, że to tylko jakaś wieśniacka intryga. Jednak po przeczytaniu pańskich akt... Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie pańska zuchwałość. Tak odwarzne morderstwo o podłożu tak próżnym?
- Nie miałem wyjścia - warknąłem, mając dość jej spokoju. Oczekiwałem chociaż zadumy, albo zaciekawienia, a ona patrzyła na mnie jak na starą gazetę. Ta diablica próbuje wyprowadzić mnie z równowagi. Taak... nie uda ci się pomiocie szatana...
Odchrząknąłem i spojrzałem na nią ze sztucznym zainteresowaniem.
- I jak pani sądzi? Byłem wart fatygi?
- Przyznam, że dla filiżanki tak wybornej czekolady nawet ukradzione klucze byłyby ciekawe - powiedziała wpatrując się w gęsty płyn. Zazgrzytałem zębami nie dając rady swojej furii...
- Czyli seryjny morderca jest równy zgubionym kluczą?!
- Morderca? - powtórzył po mnie komisarz, odzyskując zdolność mówienia. Przewróciłem oczami.
- Ten mężczyzna jest poszukiwany w co najmniej pięciu krajach za podobne wyczyny. Zmiana wyglądu, tożsamości... o zawsze jest kosztowne, więc się nie dziwie, że  w końcu pana majątek się wyczerpał... - wyjaśniła wszystko Amet komisarzowi, mówiąc tonem lekkiego znudzenia.
- Ty...
- Spokojnie, nie będzie musiał się pan martwić przyszłością lokalu - zapewniła mnie kobieta. - Jak tylko pan stąd wyjdzie, zaraz zgarnie pana policja. Powiadomione zostaną też ambasady tych pięciu krajów, które tak się za panem stęskniły...
- Sprytne Smith - przyznał Bob.
Poderwałem się z krzesła nie mogąc już dłużej wytrzymać. Przewróciłem stół powalając komisarza i chciałem dobiec do skrytki pod kasą gdzie skrywałem mój skromny arsenał najróżniejszych broni.
Nie zdążyłem. poczułem ostry ból z tyłu głowy, a ostatnie co zobaczyłem to ciemne loki okalające porcelanową twarz Amet Smith.

Z dziennika Amet Smith 
Aresztowanie sprawcy przebiegło bez większych problemów. Burmistrz miasteczka serdecznie mi pogratulował i nie obyło się bez mnóstwa nagród i zdjęć. 
Znów muszę wyjeżdżać. Czuje się ostatnio osaczona, a moje leki kończą się zbyt szybko. Ludzie zaczną podejrzewać... 
A tajemnica moich sukcesów musi pozostać tajemnicą dla dobra całego świata.